Muzyka w Raju | Dzień 1

Pierwszy wieczór. Trzy koncerty: przetłumaczony na  współczesność Kapsberger, matematycznie precyzyjny barok w Porach Roku Simpsona, roznamiętnione wiarą średniowiecze we włoskich laudach ku czci Umiłowanej Panienki, Królowej Niebios i Bożej Matki. Trzy stopnie w czas przeszły, coraz bardziej przeszły, ale za każdym razem dzięki muzyce - niedokończony, niedomknięty na głucho.

Kapsberger według Davida Hildebrandta był dla mnie podróżą w kosmos. Sam muzyk operujący swoimi perkusyjnymi przyrządami wyglądał jak kosmita, który w abstrakcyjnym kokpicie swoją muzyką steruje przez galaktyki wypełnionym po brzegi zabytkowym wehikułem.

Muzyka Simpsona w wykonaniu „złamanego” skrzypcami, klawesynem i harfą consortu viol to dla muzyków niezwykle skomplikowane zadanie. Partytura Pór Roku angielskiego kompozytora to wielkie pudło z tysiącami nut-puzzli, które układa się według tajemniczego wzoru. Obrazy układane przez muzyków na pewno mogły się jako całość podobać, nawet jeśli gdzieniegdzie zdarzył się jakiś niedopasowany element.

I na koniec zjawiskowe głosy śpiewaczek Ars Choralis Coeln i nieziemskiej urody późnośredniowieczna muzyka Włoch. Ten koncert porywająco pięknie, wręcz dotkliwie zapisał naszą teraźniejszość w paradyzkim kościele.

Jak co roku w Paradyżu - nawet podróżując z Davidem Hildebrandtem przez galaktyki -przykładam ucho do grubego muru wieków, aby usłyszeć dalekie echa przeszłości. I z roku na rok coraz cieleśniej uświadamiam sobie, że to, co słyszę to tylko dalekie echo. Ale je słyszę… 

Szymon Małecki

See video