Muzyka w Raju | Dzień 3

Wieczór trzeci.

Chyba zaproponuję Czarkowi fakultatywną nazwę dla Muzyki w Raju, mianowicie - Muzycy w Raju. Prócz znakomitej kuchni, pięknych pejzaży wokół klasztornej perły architektury, rodzinnej atmosfery stworzonej przez gospodarzy, muzycy czasami też dostają szansę na niczym nieskrępowaną prezentację własnej twórczości. W historii naszego festiwalu mieliśmy dzięki temu wydarzenia muzyczne na tyle nietypowe, że bliższe bywały one swobodnym "jam session" na zadany temat albo nawet teatrowi jednego aktora, niż koncertowi muzyki dawnej czy w ogóle - koncertowi w klasycznym tego słowa znaczeniu. Jednakże to, co przygotował Peter Navarro-Alonso, było w pewnym sensie doświadczeniem granicznym, niezwykle mocnym muzycznie i traumatycznym (że użyję tego modnego słowa) emocjonalnie. Trudno nazwać jakoś przedstawioną formę - muzyczny kolaż, dźwiękowa instalacja z poezją Baczyńskiego, teatr brzmień, ... Jakkolwiek to nazwiemy - nie zbliżymy się do zrozumienia dzieła. Byliśmy po prostu świadkami artystycznego, intymnego wyznania o życiu i wojennej śmierci młodych artystów uczynionego językiem dźwiękowych symboli na tyle gęstych emocjonalnie, że jakakolwiek interpretacja, rozbieranie intelektualne, analiza i wszelkie zabiegi, że tak powiem, mądralizatorskie - zawsze będą nie na temat i nie na miejscu. Dlatego zamiast się ośmieszać stwierdzę tylko – szkoda, że Państwo tego nie słyszeli. Chociaż z drugiej strony ludzie o słabszych nerwach i nadwrażliwcy mogliby tego nie przeżyć…

 

Szymon Małecki