Muzyka w Raju | Dzień 6

Paradyski festiwal zawsze kojarzył się z orkiestrą. To zdanie, które pojawiło się tu parę dni temu jest oczywiście prawdziwe, jednak nie mówi o Muzyce w Raju wszystkiego. Oprócz dużych zespołów realizujących projekty orkiestrowe zawsze  było tu miejsce na niecodzienne projekty kameralne, na chwile muzycznej intymności i skupienia, dające słuchaczom okazję do niemal namacalnego kontaktu ze światem muzycznej wyobraźni występujących artystów. Jednocześnie od wielu już lat oprócz zajmującego centralne miejsce muzycznego baroku w Paradyżu pojawiają się artyści prezentujący nam zgoła inne archipelagi dźwiękowe, zabierając nas w dalekie podróże w czasie. Nie brakowało także nigdy na festiwalu odważnych eksperymentów artystycznych. Dzień szósty festiwalu był właśnie takim dniem, w którym odbyliśmy podróż z serca tak zwanej „muzyki dawnej”, a więc muzyki Bachów i Purcell’a zarówno w odległą przeszłość, jak i w przyszłość. Trio AnPaPie od początku elektryzuje publiczność niezwykłą muzykalnością i sztuką instrumentalnego dialogu, jaką trzy artystki rozwinęły w niebywały sposób. Nie inaczej było i tym razem, koncert pierwszy był prawdziwym świętem kameralnego muzykowania. Poprzeczka została postawiona wysoko, ale kolejny tego wieczora koncert nie pozwolił słuchaczom na intelektualne lenistwo. Na scenie pojawiło się ponownie trio w składzie Viva BiancaLuna Biffi, Angelique Mauillon i Guillermo Perez. Ponownie skupione, kameralne muzykowanie, wymagające od publiczności skupienia, ale w zamian pozwalające przenieść się w odległe od codziennej rzeczywistości rejony. Odstawiamy talerzyk po serniku, pstryk… i nagle jesteśmy niemal o lata świetlne stąd. Trudno jednak do końca zorientować się gdzie, bo ostatni koncert, mimo iż pod względem ilości wykonawców na, z tyłu i obok sceny nie był może tak kameralny, jednak w swej istocie znów sięgnął do istoty sztuki muzycznego dialogu. I to dialogu epok, stylów, jak i muzycznych indywidualności. Zderzenie chorału gregoriańskiego prezentowanego przez Ars Choralis Coeln z improwizacjami z muzycznej przyszłości proponowanymi przez duńską Alphę (Bolette Roed nie wytrzymała i dołączyła do projektu z udziałem jej dwóch kolegów Pedro Navarro-Alonso i Davida Hildebrandt’a, więc zespół – kolejne dziś trio! – był w komplecie) było w zamierzeniu eksperymentem z pozoru stylistycznie ryzykownym. Prawdziwe niebezpieczeństwo takich projektów kryje się jednak nie w konflikcie epok, lecz w konieczności podjęcia przez muzyków ryzyka wykroczenia poza tory estetyk, w których czują się najwygodniej i podjęcia otwartego dialogu. Ta sztuka nie zawsze się udaje. Nie zawsze. Na nasze szczęście my byliśmy tym razem świadkami niezwykłego wydarzenia. Kameralistyka to sztuka dialogu. Dzień szósty był dniem bardzo intensywnych ćwiczeń w tym zakresie. Warto się czasem zmęczyć…

Bartłomiej Stankowiak