Muzyka w Raju | Dzień 7

Wieczór siódmy

Koncerty 1 i 3
Otóż zrobiłem mały test. Zabawiłem się w festiwalowy OBOP i zapytałem 10 przypadkowo napotkanych gości, jaka to słynna postać grała na mandolinie. 7 osób (a więc 70% badanych) odpowiedziało, że - Nikodem Dyzma i zazwyczaj zaraz potem nuciło słynny "recytatyw":  za zu zi za zu zaaajjj... w tonacji de-mucha. Na drugi dzień zagrał swój pierwszy koncert Avi Avital. Barokowe sonaty na mandolinę i basso continuo. To, co mnie urzekło najpierw, oczarowało od pierwszego szarpnięcia strun, to brzmienie instrumentu izraelskiego artysty - klarowne, jasne, wypełniające swobodnie cały kościół, niespodziewanie dystyngowane, szlachetne, we wszystkich rejestrach ciepłe. Następnym zaskoczeniem był niespodziewanie duży potencjał dynamicznych i artykulacyjnych możliwości, których pełnię zaprezentował artysta w swojej wersji Chaccony z Partity d-moll Bacha. Gdyby tak Avi nagrał cały cykl skrzypcowych sonat i partit Bacha, skrzypkowie mieliby skąd czerpać inspirację. Po koncercie publika szturmem ruszyła do stoiska z płytami, skutkiem czego na następny koncert Aviego Elwira Bum-tarara musi sprowadzić nową dostawę płyt sympatycznego mandolinisty. Ja dostałem ostatnią płytę jaką miała Elwira. Po znajmości. Spod lady.
Na zakończenie wieczoru już po 22.00, kiedy dzieci powinny spać, coś dla najbardziej wytrwałych - słynny cykl pieśni Winterreise Schuberta w autorskiej wersji Matthiasa Loibnera na lirę korbową, śpiewała - Natasza Mirkowić-De Ro. Na ten koncert, muszę się przyznać bez bicia, czekałem wiedziony ciekawością kogoś, kto wie, że za chwile zobaczy dziwoląga natury - człowieka z siedmioma palcami u rąk, cielaka z dwom głowami, połykacza siekier czy podobne, niecodziennne zjawisko. Bo co taka lira korbowa potrafi? Kilkanaście dźwięków na krzyż, ciche to, burczące coś pod nosem, a tu romantyczny Schubert, pełnia ekspresji i emocji, pianstyczny i wokalny Mont Blanc. To się nie może udać. Tak myślałem. Przyznaję się. I jak ja teraz wyglądam? Jakbym połknął siekierę. A Natasza i Matthias nie powiedzieli na festiwalu jeszcze ostatniego słowa. 
Koncert 2
Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga - powiedz mu, jakie masz plany. No i nam się udało. Zaplanowane kwartety Haydna i Beethovena w wykonaniu znakomitych Skandynawów nie doszły do skutku. Dzień przed koncertem w czasie meczu piłki nożnej z klerykamiskrzypek Frederik Oland złamał rękę. Jedna chwila i nie tylko paradyski koncert, ale i ambitne plany koncertowe The Danish String Quartet legły w gipsie. Trzeba było więc coś szybko zaimprowizować, wypełnić koncert muzyczną treścią. Żadnego z obecnych muzyków nikt nie musiał o nic prosić. Wszyscy solidarnie wykreowali koncertowy quodlibet i każdy zagrał, co miał najlepszego. Na końcu wystąpił The Danish String Trio, chłopaki, widać że podłamani dramatem kolegi zagrli jedynie krótką melodię ludową, dedykowaną oczywiście Frederikowi. Piękny gest doceniony przez publikę, która tłumnie zgromadziła się w świątyni w oczekiwaniu na zapowiadający się przecież znakomicie występ kwartetu. Pomimo zmiany w programie nikt nie okazywał niezadowolenia, zaś aplauz publiczności, jaki nastąpił po występie okaleczonego kwartetu jeszcze długo będzie dla mojego serca kojącą muzyką. Brawa dla publiczności. Wielkie brawa!
 
Szymon Małecki
 
See video
See video
See video