Muzyka w Raju po raz dziesiąty czyli dziesięć lat rozciągania czasu

Każdy kto choć raz odwiedził „Muzykę w Raju” wie, że świętowanie jubileuszy nie jest czymś, co pasowałoby do tego miejsca i tego festiwalu. Nie celebrujemy więc specjalnie dziesiątego spotkania w Paradyżu. Zdecydowanie mniej czasu poświęcamy wspominaniu niż planowaniu. „Muzyka w Raju” stała się częścią pejzażu kulturalnego Ziemi Lubuskiej, do pewnego stopnia także krajobrazu ogólnopolskiego oraz międzynarodowego i odnosimy wrażenie, że ma w sobie wciąż duży potencjał, który chcielibyśmy w przyszłości obudzić i rozwijać. To jest nasz temat numer jeden.
Zadajemy sobie jednak oczywiście pytanie, co w tym niezwykłym miejscu przez dziesięć lat robiliśmy. Organizowaliśmy festiwal, koncerty, nagrania. Spotykaliśmy się, dyskutowaliśmy, podejmowaliśmy raz łatwiejsze raz trudniejsze decyzje. Przede wszystkim jednak przystąpiliśmy do wielkiej międzynarodowej operacji „rozciągania czasu”.
„Rozciąganie czasu”? Czym? Skrzypcami, lutniami, klawesynami, fletami, violami da gamba? Gdyby to było tak proste, nikt przecież nie wydawałby miliardów na budowę Wielkiego Zderzacza Hadronów! Wszyscy chwyciliby za instrumenty i… No właśnie, może łatwiej było zbudować zderzacz, niż chwytać za instrumenty?
Spróbuję określić, czym jest to „rozciąganie czasu”, które rzekomo tutaj realizujemy, a na dodatek podobno w ramach jakiegoś międzynarodowego przedsięwzięcia (spisku?). Najprościej byłoby powiedzieć, że po prostu sięgamy w przeszłość, by lepiej ją zrozumieć, by poprzez jej zrozumienie stworzyć inną perspektywę widzenia teraźniejszości, by wreszcie odnaleźć w tym, co było inspirację dla tworzenia czegoś, co dopiero może się stać. To dość oczywiste, ale gdzie miałoby tutaj wystąpić jakieś „rozciąganie”?
Spojrzenie skierowane wstecz jest zawsze „aczasowe” w tym sensie, że skraca czas rzeczywisty do zupełnie nieproporcjonalnych rozmiarów. Oto jeden z możliwych ekstremalnych przykładów: „XIX wiek to w cywilizacji zachodniej okres rozwoju wielkiego przemysłu”. 100 lat zamkniętych w jednym krótkim zdaniu, w jednym abstrakcyjnym uogólnieniu. To zdanie trzeba właśnie „rozciągnąć”, ten statyczny obraz zamienić w film trwający coraz dłużej i dłużej.
Takie metaforyczne „rozciąganie czasu” ma w przypadku muzyki zupełnie wyjątkowy sens. Nie jest tylko i wyłącznie badaniem przeszłości, jej opisywaniem, a więc „rozciąganiem obrazu przeszłości” jak w przypadku tradycyjnych nauk historycznych. Jest ożywianiem przeszłości. Nie popełnimy jakiegoś poważniejszego błędu, mówiąc, że świetna książka czy dobry film też w jakimś sensie ożywiają przeszłość. Trafniejsze byłoby jednak określenie, że one ożywiają naszą wyobraźnię. Obraz przeszłości budujemy z klocków, które powstają w naszych głowach i zupełnie ahistorycznie, tzn. jesteśmy i możemy być tylko obserwatorami tego, co się kiedyś wydarzyło i to obserwatorami, którzy narzucają na przeszłość własną siatkę pojęciową i własne modele interpretacyjne.
Tymczasem w przypadku muzyki po prostu robimy (chcemy robić) dokładnie to samo, co robili kiedyś ludzie zajmujący się muzyką. Nie udajemy, że to robimy, jak aktorzy w kinie albo stworzone przez pisarza postacie literackie albo uczestnicy rekonstrukcji historycznych bitew. Co więcej, osiągamy prawdopodobnie podobny efekt dźwiękowy i artystyczny, a nie jest wykluczone, że muzyka w ten sposób powstająca oddziałuje na dzisiejszych słuchaczy podobnie, jeśli nie identycznie, jak kiedyś.
Dopóki muzyka leży na półce jakiejś biblioteki, jej status jest zbliżony do zabytku sztuki wizualnej lub jakiegoś obiektu architektonicznego (chyba, że weźmiemy pod uwagę budynek i życie w nim, które toczy się dokładnie tak samo albo prawie dokładnie tak samo jak w przeszłości – na przykład klasztor). To przedmioty, owszem pełne symboliki, ale jednak tylko przedmioty. Kiedy tę leżącą na półce partyturę potraktujemy nie jako obiekt, ale jako przepis na pewien sposób działania, to uzyskujemy nie wgląd w przeszłość, ale swoisty wgląd w „teraźniejszość w przeszłości”.
Jak rozszerzamy czas? Na różne sposoby. Na przykład, wykonujemy muzykę klawesynową albo wczesną muzykę fortepianową nie na jednym modelu, ale na różnych modelach instrumentów. Albo staramy się nie stosować w muzyce jakiegoś okresu środków technicznych, które wymyślono lub zaczęto wykorzystywać standardowo znacznie później. Raz mniej, raz bardziej konsekwentnie, ale próbujemy czas historyczny dzielić na coraz mniejsze odcinki, a później wypełniać je idiomatyczną treścią.
W tym sensie można powiedzieć, że rozciągamy czas, który został spłaszczony pod ciężarem współczesnego fortepianu albo zamrożony zuniformizowaną estetycznie edukacją proponowaną przez współczesne szkolnictwo muzyczne.

Nie przenosimy się w czasie, nie uruchamiamy żadnych wehikułów, ale mamy ten niemal nieuchwytny, bo występujący w postaci fali dźwiękowej „kawałek” przeszłości. Czy nie w podobnym celu skonstruowano i zbudowano Wielki Zderzacz Hadronów?
Nasze rozciąganie nie jest doskonałe. Mamy tego świadomość. Naszym celem nie jest jednak odtworzenie przeszłości, ale zanurzenie się w niej, jej dotknięcie. Co nam to daje oprócz próżnej satysfakcji? Może wiarę we własne siły i trochę więcej odwagi do zmagania się z nieznaną przyszłością, a przede wszystkim z atakującą nas teraźniejszością. Ona też wymaga rozciągania i nasycania przeżyciami oraz, co może najważniejsze, potrzebuje ochrony przed lekkomyślnym marnowaniem czasu.

Cezary Zych